W krainie niespełnionej nadziei (02-06.11)
- sobota listopada 7,2009 05:33 przed południem
- By admin
- In Uncategorized
Na blogu będę zamieszczał również, oprócz nieregularnych wpisów na każdy możliwy temat rynkowy, również cotygodniowe podsumowania koniunktury rynkowej prezentowane w ramach pressroomu części edukacyjnej Invest24, jak również eksportowane na zewnątrz serwisu.
Podsumowanie minionego tygodnia: 02-06.11.2009
Miał to być tydzień testu i takim się okazał. Po raz kolejny byliśmy świadkami sytuacji, gdy egzamin lepiej zdał rynek kapitałowy niż sfera realnej gospodarki. Inwestorzy po raz kolejny otrzymali bowiem czytelny sygnał, że makroekonomiczne zależności wcale nie zamierzają dostosować się do formacji V-kształtnej, która zakończyła (?) bessę na rynkach akcji.
Znak zapytania przy słowach o nowej hossie w obliczu ostatnich wydarzeń są jak najbardziej uzasadnione. Warto jednak głębiej pochylić się nad tym zagadnieniem, bowiem jak to zwykle przy grze ludzkich emocji z wskaźnikami ekonomicznymi tle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jednak po kolei.
Początek tygodnia przyniósł kontynuację spadków, które obserwowaliśmy z jednodniową przerwą od 26 października. Wystarczył jednak drobny impuls w postaci danych dotyczących przemysłowego ISM w Stanach Zjednoczonych, by strona popytowa w środę przejęła kontrolę. Jak płonne okazały się nadzieję na realną poprawę kondycji amerykańskiej gospodarki, pokazały dane dotyczące kondycji amerykańskiego rynku pracy. Warto w tym miejscu z całą mocą podkreślić: nie ma co liczyć na gwałtowne polepszenie w newralgicznym dla rozwoju gospodarczego sektorze nieruchomości przy nieustannie rosnącej liczbie osób pozostających bez zatrudnienia. Ostatnie dane pokazały, że w października stopa bezrobocia wzrosła do poziomu niespotykanego od 1983 roku: 10,2 proc. Jednocześnie był to już dwudziesty drugi kolejny miesiąc, gdy liczba osób, które straciły prace przewyższyła ilość nowych etatów. Rynek pracy w USA nadal systematycznie się kurczy. Trudno w takich warunkach oczekiwać, by Amerykanie zaciągali nowe kredyty, skoro nie starcza im środków na spłatę obecnych. Trudno też o wzrost konsumpcji.
Jakby tego było mało, koniec tygodnia przyniósł również nowy rekord na rynku złota. Grudniowa seria kontraktów terminowych na ten szlachetny kruszec osiągnęła poziom 1 100 USD. To reakcja inwestorów na działania, a w zasadzie ich brak, podejmowane przez amerykańską Rezerwę Federalną. W środę włodarze polityki monetarnej w USA pozostawili na niezmienionym poziomie stopy procentowe. Koszt pieniądza nadal wynosi 0,25 proc. Jednocześnie w komunikacie po posiedzeniu Ben Bernanke zapewnił, że FED nie ustaje w wysiłkach zmierzających do ożywienia gospodarki. Coraz donośniej pobrzmiewa zatem pytanie: Co z inflacją? Czy to właśnie złoto wskazuje drogę?
Swego czasu wspomniałem, że jeśli we wrześniu złoto na stałe umocni się powyżej poziomu 1 000 USD możemy okazać się złym prorokiem na przyszłość. Wypada to stanowisko podtrzymać. Reakcja realnej gospodarki na silny plan pomocowe mający na celu wsparcie popytu konsumenckiego w USA i innych krajach świata była nieznaczna i trudno oczekiwać w najbliższym okresie zapowiadanych nie tak dawno przez władze monetarne w US “ściągania” nadpłynności gotówki z rynku. To tylko umacnia ryzyko stagflacji.
Krajowy rynek w mijającym tygodniu zachowywał siew rytm kondycji giełd zagranicznych. Na kluczowe rozstrzygnięcia na rynku akcji też przyjdzie tutaj jeszcze poczekać. Czy po raz kolejny kształtująca się formacja głowy i ramion zostanie zanegowana, czy też tym razem obawy analityków technicznych znajdą swoje potwierdzenie.
Przy tym całym negatywnym obrazie sytuacji nie może umknąć jednak jedna istotna kwestia. Według badań popytu inwestorów na akcje w Stanach Zjednoczonych ich zaangażowanie na rynku jest obecnie najniższe od początków marca, gdy bessa osiągała swoje dno. Zgodnie z zasadami podejścia kontrariańskiego sugerowałoby to dalsze wzrosty. Nie powinniśmy tego faktu lekceważyć w naszych analizach nad dalszą koniunkturą rynkową.