Notowanie rzeczywiste

W krainie niespełnionej nadziei (02-06.11)

  • sobota listopada 7,2009 05:33 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Na blogu będę zamieszczał również, oprócz nieregularnych wpisów na każdy możliwy temat rynkowy, również cotygodniowe podsumowania koniunktury rynkowej prezentowane w ramach pressroomu części edukacyjnej Invest24, jak również eksportowane na zewnątrz serwisu.

Podsumowanie minionego tygodnia: 02-06.11.2009

Miał to być tydzień testu i takim się okazał. Po raz kolejny byliśmy świadkami sytuacji, gdy egzamin lepiej zdał rynek kapitałowy niż sfera realnej gospodarki. Inwestorzy po raz kolejny otrzymali bowiem czytelny sygnał, że makroekonomiczne zależności wcale nie zamierzają dostosować się do formacji V-kształtnej, która zakończyła (?) bessę na rynkach akcji.

Znak zapytania przy słowach o nowej hossie w obliczu ostatnich wydarzeń są jak najbardziej uzasadnione. Warto jednak głębiej pochylić się nad tym zagadnieniem, bowiem jak to zwykle przy grze ludzkich emocji z wskaźnikami ekonomicznymi tle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jednak po kolei.

Początek tygodnia przyniósł kontynuację spadków, które obserwowaliśmy z jednodniową przerwą od 26 października. Wystarczył jednak drobny impuls w postaci danych dotyczących przemysłowego ISM w Stanach Zjednoczonych, by strona popytowa w środę przejęła kontrolę. Jak płonne okazały się nadzieję na realną poprawę kondycji amerykańskiej gospodarki, pokazały dane dotyczące kondycji amerykańskiego rynku pracy. Warto w tym miejscu z całą mocą podkreślić: nie ma co liczyć na gwałtowne polepszenie w newralgicznym dla rozwoju gospodarczego sektorze nieruchomości przy nieustannie rosnącej liczbie osób pozostających bez zatrudnienia. Ostatnie dane pokazały, że w października stopa bezrobocia wzrosła do poziomu niespotykanego od 1983 roku: 10,2 proc. Jednocześnie był to już dwudziesty drugi kolejny miesiąc, gdy liczba osób, które straciły prace przewyższyła ilość nowych etatów. Rynek pracy w USA nadal systematycznie się kurczy. Trudno w takich warunkach oczekiwać, by Amerykanie zaciągali nowe kredyty, skoro nie starcza im środków na spłatę obecnych. Trudno też o wzrost konsumpcji.

Jakby tego było mało, koniec tygodnia przyniósł również nowy rekord na rynku złota. Grudniowa seria kontraktów terminowych na ten szlachetny kruszec osiągnęła poziom 1 100 USD. To reakcja inwestorów na działania, a w zasadzie ich brak, podejmowane przez amerykańską Rezerwę Federalną. W środę włodarze polityki monetarnej w USA pozostawili na niezmienionym poziomie stopy procentowe. Koszt pieniądza nadal wynosi 0,25 proc. Jednocześnie w komunikacie po posiedzeniu Ben Bernanke zapewnił, że FED nie ustaje w wysiłkach zmierzających do ożywienia gospodarki. Coraz donośniej pobrzmiewa zatem pytanie: Co z inflacją? Czy to właśnie złoto wskazuje drogę?

Swego czasu wspomniałem, że jeśli we wrześniu złoto na stałe umocni się powyżej poziomu 1 000 USD możemy okazać się złym prorokiem na przyszłość. Wypada to stanowisko podtrzymać. Reakcja realnej gospodarki na silny plan pomocowe mający na celu wsparcie popytu konsumenckiego w USA i innych krajach świata była nieznaczna i trudno oczekiwać w najbliższym okresie zapowiadanych nie tak dawno przez władze monetarne w US “ściągania” nadpłynności gotówki z rynku. To tylko umacnia ryzyko stagflacji.

Krajowy rynek w mijającym tygodniu zachowywał siew rytm kondycji giełd zagranicznych. Na kluczowe rozstrzygnięcia na rynku akcji też przyjdzie tutaj jeszcze poczekać. Czy po raz kolejny kształtująca się formacja głowy i ramion zostanie zanegowana, czy też tym razem obawy analityków technicznych znajdą swoje potwierdzenie.

Przy tym całym negatywnym obrazie sytuacji nie może umknąć jednak jedna istotna kwestia. Według badań popytu inwestorów na akcje w Stanach Zjednoczonych ich zaangażowanie na rynku jest obecnie najniższe od początków marca, gdy bessa osiągała swoje dno. Zgodnie z zasadami podejścia kontrariańskiego sugerowałoby to dalsze wzrosty. Nie powinniśmy tego faktu lekceważyć w naszych analizach nad dalszą koniunkturą rynkową.

O duchu oszczędzania

  • sobota października 31,2009 11:49 po południu
  • By admin
  • In Uncategorized

Ulubioną gawędą powtarzaną niezmiennie, gdy wracamy do źródeł kapitalizmu jest opowieść o ojcach założycielach. Zgodnie z tym, co pisał Max Weber kapitalizm narodził się z właściwego protestantyzmowi purytanizmu - ducha oszczędzania, wyrzekania się bieżącego zaspokojenia na rzecz przyszłej zapłaty. Jako szczególnie zacni na tym polu przedstawiani byli kalwini - predestynowani, którzy wszystko, co czynili - robili na chwałę Bożą. Oczywiście i bogacili się ku chwale Bożej, przecież byli wybranymi dziedzicami.

Takie były początki rozmyślań nad naturą kapitalizmu. Jak bardzo powierzchowne i błędne pokazały dalsze badania, chociażby znakomite III-tomowe dzieło Braudela - “historia totalna” kapitalizmu pt: “Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek”. Nie w tym jednak rzecz, by dokonywać teraz egzegezy pism o początku świata, jaki znamy.

Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku fenomenalny pisarz meksykański (czyli z zupełnie innej bajki, niż przedsiębiorczy Amerykanie) Carlos Fuentes pisał: “Nie wiem, czy Tomek Sawyer i Huck Finn są naprawdę dwoma niewinnymi chłopcami, czy też jest to jedynie bukoliczne pragnienie, w którym związek z rodziną (w wypadku Toma), czy też rzeką (Hucka) odrywa ich na chwilę od obowiązku robienia pieniędzy… uznanego za przynależny im boski przywilej”

Tymczasem w mgnieniu oka ta cała ideologia prysła niczym bańka mydlana. Próżna teraz szukać tych idei, które mogłyby stanowić podwaliny pod kończący się właśnie dzień i miesiąc oszczędzania. Powiem więcej, oszczędzanie jest teraz passe - to wróg publiczny nr jeden. Przecież to właśnie stymulowaniem popytu władze USA chcą wyciągnąć gospodarkę z zapaści. Problem tylko polega na tym, że próby te wypadają mizernie, szczególnie jeśli porównamy efekty widoczne w realnej gospodarce, z tym, co obserwujemy od przełomu lutego i marca na światowych rynkach akcji oraz surowcowych.

Zresztą doskonale z mitem oszczędzania rozprawia się krążąca od czasu kryzysu nowa gawęda, którą można zastąpić dotychczas świętą i niepodważalną “etykę protestancką”:

Świętowanie po amerykańsku

  • wtorek września 8,2009 10:22 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Nie ma to jak okolicznościowe prezenty. Wczoraj giełdy w Stanach Zjednoczonych odpoczywały ze względu na tamtejsze Święto Pracy. Powodów do radości Amerykanom jednak wyraźnie brakowało.

W piątek Departament Pracy podał dane dotyczące bezrobocie. I Tu zonk. Zamiast stabilizacji, bezrobocie wzrosło do 9,7 proc. z 9,4 proc. miesiąc wcześniej. Doskonale pamiętamy, jak w sierpniu zapanował euforia z sezonowego spadku bezrobocia. Teraz firmy nadrobiły to z nawiązką wyrzucając kolejne grupy społeczne na bruk. No i bezrobocie mamy w Stanach najwyższe od 26 lat.

Przypomnę, że od początku recesji w Stanach jeszcze nigdy liczba nowych miejsc pracy nie przekroczyła poziomu zwolnień. W ubiegłym miesiącu saldo było ponownie ujemne i wyniosło ponad -200 tys. Taki poziom utrzymuje się od dłuższego czasu, a to napędza spiralę bezrobocia. Dodatkowo przestała spadać cotygodniowa liczba osób pobierających po raz pierwszy zasiłek dla bezrobotnych. Zatrzymała się jak zaklęta powyżej 500 tys. Obecnie wynosi ok. 570 tys. Spadkowa tendencja w tym zakresie wyhamowała już około 2 miesiące temu.

Nie wróży to dobrze gospodarce, w której 75 proc. PKB generowane jest przez popyt konsumencki. Cóż zaś w sytuacji, gdy ów konsument ma coraz mniej pieniędzy…

Nie wolno przy tym zapominać, że rynek pracy najpóźniej reaguje na zmiany w pozostałych segmentach gospodarki. Tak jest przy początku kryzysu, tak też przy wychodzeniu z niego. Jednak pierwsze symptomy ożywieni obserwowaliśmy już ponad pół roku temu (luty 2009). Dodatkowo znaczne grono szacownych ekonomistów twierdzi, że droga do stabilizacji na rynku pracy nadal jest długa i kręta.

Ostatnio Gary Becker (spiritus movens teorii homo oeconomicus, lub inaczej mówić, ten od tłumaczenia wszystkiego – od procesu zakochiwania się po palenie papierosów etc na modłę maksymalizacja użyteczności, minimalizacja kosztów, stałe preferencje, racjonalny uczestnik życia społecznego i tym podobne „rewelacje”) stwierdził, że na trwały spadek bezrobocia możemy liczyć w Ameryce dopiero od połowy przyszłego roku.

Czy możemy zatem powiedzieć, że mamy tutaj dobry link między kondycją gospodarki a rosnącymi cenami złota. Przypomnę, e wczoraj cen za kontrakt z wrześniowym terminem wygaśnięcia przekroczyła 1000 USD. To efekt oczekiwań inflacyjnych i próba realizacji samospełniającej się przepowiedni. Czyżby druga fala kryzysu? Za wcześnie jeszcze o tym mówić, ale obserwujmy uważnie wzajemny splot powiązań: rynek pracy, złoto, inflacja. Sporo nas to nauczy w patrzeniu na kondycję gospodarki i proces samouzdrawiania się kapitalizmu, w który mimo wszystko cały czas wierzymy.

Złoty wrzesień

  • czwartek września 3,2009 09:38 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

W życiu pewne są tylko śmierć i podatki. Do końca hossy 2003-2007 można było jeszcze mówić - i zyski na Karkosikach i wzrosty cen złota.
O ile krociowe zarobki na wzajemnie lewarujących się spółkach Wielkiego Romana odeszły raczej do lamusa, to dla Złota wrzesień może okazać się miesiącem przełomowym.

Jak u progu miesiąca pochwalili się analitycy Marketwatch - wrzesień w ciągu ostatnich 20 lat oznacza z reguły wzrost cen szlachetnego kruszcu:

http://www.marketwatch.com/story/gold-shines-in-september-historical-record-shows-2009-09-01?pagenumber=1

Przyczyn takie zachowania cen jest co najmniej kilka. Przede wszystkim trwa sezon urlopowy u największego konsumenta złota na świecie - czyli w Indiach. Miesiąc post-monsunowy to okres zwiększonej liczby zawierania małżeństw, które jak wiadomo wiążą się z drenażem kieszeni na rzecz różnorakich błyskotek. Jak możemy się przekonać oglądając coraz to nowe produkcje made in Bollywood hinduskie kobiety i biżuteria to określenia wręcz synonimiczne.

Jaki będzie ten rok - w czasie kryzysu, trudno powiedzieć, jednak zauważmy, że dotychczas wzrosty wrześniowe były niezależne od dominującego cyklu koniunkturalnego w gospodarce. Po szczegółowe wnioski i przemyślenia odsyłam do lektury wspomnianego artykułu.

Gdyby jednak założenia okazały się prawdziwe może czekać nas prawdziwy przełom, jeśli chodzi o ceny złota. Pamiętamy, że wielokrotnie podkreślane jest, że w przypadku kursu sztabek szlachetnego kruszcu mamy do czynienia z tzw. super-cyklem. W ten sposób określane są trendy wieloletnie, czasem oznaczane jako kilka dekad, kiedy dominują spadki bądź wzrosty a kierunek jest oczywisty dla wszystkich.

Coś takiego obserwowaliśmy w latach 70. w przypadku cukru - fakt, że tam trwało to niecałą dekadę (w 80-tych mieliśmy replay) - ale hiperbola wyglądała fantastycznie. Oczywiście w przypadku lat 70-tych ktoś może powiedzieć, że wtedy przy szoku naftowym wszystkie ceny surowców poszybowały, jednak wzrost z 5 do 60 USD, a następnie z 10 do 40 USD robi wrażenie tym bardziej, że w ujęciu wieloletnim ceny “białego złota” są raczej stabilne.

Przyjrzyjmy się obecnej sytuacji na złocie - wczorajsze zamknięcie wypadło w okolicach 980 USD i to jest w ujęciu miesięcznym szczyt - podobne mieliśmy w Maju tego roku i lutym ubiegłego. Dalszy wzrost oznaczałby przełamanie konsolidacji cen złota trwającej właśnie od lutego ubiegłego roku.

Zastanówmy się chwilę nad konsekwencjami takiego zachowania cen złota w obecnej konfiguracji makroekonomicznej.

Wzrost cen złota to efekt oczekiwań wysokiej inflacji. Zakładamy, że trendy na rynkach, o ile swoją skalą mogą odzwierciedlać bardziej ludzką psychikę niż matematyczne ujęcie PKB, to ogólnym kierunkiem odzwierciedlają a nawet wyprzedzają sytuację w gospodarce.

Ten pogląd wyznajemy tworząc i promując blog analityka, a także edukując w zakresie analizy technicznej. Zakładam bowiem, że notowania rynkowe, giełda - to nie jest ruch chaotyczny cząsteczek Browna - dlaczego przy okazji stanowczo odradzam beletrystykę w stylu Malkiel “Błądząc po Wall Street” i tego typu dyrdymały.

Wracając zaś do tematu: Pokuszę się o postawienie tezy, że zamknięcie września w przypadku cen złota na historycznych maksimach może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia dla rynku. A zatem - dalszy wzrost cen surowców - i jednocześnie wzrost popytu na nie - oraz spełnienie przynajmniej częściowe scenariusza z znacznym wzrostem inflacji. Pamiętajmy, że na rynek wpompowano ogromne pieniądze z państwowych sakiewek.

Przypomnę to, o czym pisałem w jednym z poprzednich wpisów. Bernanke, szef FED, zapowiada, że nadmierną płynność z rynku da się sprawnie ściągnąć- ale po pierwszy to tylko Stany, a co z innymi - co z pieniędzmi chińskimi, których z programów stymulacyjnych nadal może okazać się że jest dalece niewystarczająco.

Wrzesień może być naprawdę kluczowy dla rynków. Patrzmy na złoto, ono może wskazać kierunek.

Dwa zdania o akcyjnym. Wzrosty cen złota, to z reguły gorszy okres dla posiadaczy papierów wartościowych. Widzieliśmy to wczoraj, widzieliśmy też wielokrotnie - chociażby przy ubiegłorocznym jesiennym krachu na Wall Street po upadku Lehman Brothers. Wiadomo, złoto rośnie nieprzerwanie od lat 70. a w tym czasie przeżywaliśmy wielokrotnie zarówno hossę, jak i bessę na giełdach. Można było zatem dojść do przekonania, że złoto przestało być anty-wskaźnikiem, a stało się czymś w rodzaju perpetuum mobile.

Obecnie jednak można sądzić, że tego typu myślenie warto zawiesić ad acta. Dostrzegamy coraz wyraźniejsze sygnały ożywienia w gospodarce światowej. Głównym czynnikiem, który nasz optymizm może ostudzić, jest realna poprawa naszego życiowego statusu, czyli innymi słowy, czy portfel wypchany coraz wyższymi zarobkami przełoży się na nowy samochód, wycieczkę na Karaibach, czy nawet nad rodzimym Bałtykiem. Zresztą i tak Bałtyk i Egipt to obecnie podobny wydatek - szlusujemy w końcu do rozwiniętej Europy, ale nie o tym mowa ;). Zatem inflacja jest wrogiem nr 1 obecnie. Poprzednia hossa, to również narastająca spirala wzrostu cen - vide ropa po 140 USD za baryłkę. Jednak wtedy nakręcało to popyt, a wzrosty cen surowców brane były za dobrą monetę. Nastrój - owa psychologia rynku, o której tyle wspominamy uległa znacznemu przeformułowaniu.

Dlatego tez możliwe, że kolejny kluczowy etap wyjścia z kryzysu przed nami. Czy złoto nam się przysłuży, czy będzie kamieniem u szyi? Zobaczymy…

Jesienna korekta?

  • wtorek września 1,2009 01:43 po południu
  • By admin
  • In Uncategorized

Ostatnie sesje nie mogą napawać optymizmem. Jakże zatem sytuacja jest odmienna od tego co obserwowaliśmy w połowie lutego. Wówczas z jednej strony podnosiły się głosy, że kryzys w globalnej gospodarce nabiera tempa i coraz więcej segmentów jest nim zagrożonych, z drugiej zaś 18 lutego przy gigantycznych obrotach WIG20 ustanowił dołek bessy.

Od tego czasu zanotowaliśmy 6 nieprzerwanych miesięcy wzrostu. Pamiętajmy, że rynek surowcowy (indeks CRB) sięgnął dna 2 marca, na początku marca ujrzeliśmy również koniec zniżek na rynku amerykańskim.

Fakt, że tam wzrosty nie były tak dynamiczne, jak na naszym krajowym podwórku, jednak pamiętajmy, że emerging markets mają również swoje prawa. Z jednej strony gwałtowna przecena, z drugiej równie silne odbicie. Czy to dobrze, czy źle - warto zapytać tych, którzy w drugiej połowie lutego wypełniali portfele akcjami.
O ile w ich przypadku można mówić o znacznej dawce wizjonerstwa, szczęścia, daru losu, efekcie dogłębnych analiz (niepotrzebne skreślić) to trudno nazywać wybrańcami losu tych, którzy obecnie zdecydują się na kupno. W dłuższym terminie prawdopodobnie również będą cieszyć się powiększeniem stanu portfelu, ale inwestowanie obecnie to ryzykowna zabawa.

WIG20 w ciągu pół roku zyskał ponad 60 proc. Dane świadczące o rozpoczynającym się ożywieniu w gospodarce niewątpliwie zostały już dawno uwzględnione w obecnych wycenach giełdowych spółek. Poraz zatem na na do bólu prawdziwe stare powiedzenie giełdowe: “Kupuj plotki, sprzedawaj fakty”.

Ponowne nakręcenie koniunktury gospodarczej powoli staje się faktem. Nie wolno oczywiście lekceważyć pytań płynących z wielu stron: “Czy bez państwowej kroplówki gospodarki będą w stanie równie mocno się rozwijać, co w poprzedniej hossie?”; “Czy nie wzrośnie lawinowo inflacja i tym samym ‘zje’ korzyści wynikające ze sztucznej stymulacji koniunktury?” Nie są one zadawane bezpodstawnie. Z jednej strony nigdy nie mieliśmy okazji spotkać się z tak szeroko zakrojoną operacją ratowania globalnej gospodarki/ Szef FED twierdzi, że zdjęcie nadmiaru płynności z rynku nie będzie stanowiło problemu. Zobaczymy, wypada mu wierzyć, bo niewielu ostało się takich, którzy przewidywali taki obrót sytuacji. Może jeszcze Krugman wierzył.

Dla przykładu Roubini - wielki guru kryzysu zapętlił się w wieszczeniu kolejnych zwał - grunt to być elastycznym: wzrośnie, chyba, że spadnie :D

Druga sprawa - to o czym wspominałem w poprzednim wpisie. Chiny i ich zdolność do samoregulacji. Poniedziałek - znów przecena 6,7 proc. na Shanghai Composite. Tu rzeczywiście jest powód do obaw o skutki odłączenia pacjenta od kroplówki. Zaś USA i zachodni zmysł kapitalizmu - to również innowacyjność, zdolność do elastycznego reagowania na sytuację etc. - zresztą odsyłam do poprzedniego wpisu po szczegóły.

Uważajmy zatem, chrońmy nasze inwestycje, ale powodów do nadmiernej paniki. Długoterminowy kierunek wydaje się, że został już obrany.

Cisza nad trumną?

  • wtorek sierpnia 25,2009 09:20 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Nie dalej jak u progu tego roku powszechnie podnoszono, jaką to odpornością na kryzys charakteryzują się Chiny i powinny stanowić przykład dla rządów pozostałych krajów.

Za moment kluczowy w tej nagonce na potęgę planowania socjalistycznego można by uznać nacjonalizację sektora bankowego w Stanach Zjednoczonych. Zapomniano przy tym jednak, że w USA dominuje jednak kapitalistyczny model gospdoarowania. Zatem uspołecznienie strat to był tylko epizod, który można oczywiście teraz z perspektywy czasu rozpatrywać różnorako. Wydaje się, że na moment, kiedy to działanie było podejmowane - taki krok był konieczny.

Nie o tym jednak ma być dzisiejszy wpis. Zmysł gospodarowania w wykonaniu władzy ludowej Państwa Środka zachwycał coraz bardziej. Mądre obcięcie stóp procentowych - nie na hurra jak w Stanach Zjednoczonych, tylko stabilnie, stopniowo. Następnie plan stymulacyjny i efekty jego w postaci zaskakująco wysokiego PKB etc.
Oczywiście umykała przy tym istotna informacja, że dla rozwoju gospodarki chińskiej niezbędne jest PKB na poziomie 6 proc.

Zamiast jednak rozpatrywać czasy minione, warto skupić się na tym, co mamy obecnie. Stany Zjednoczone wychodzą z kryzysu obronną ręką. Jest rzecz jasna sporo czynników ryzyka, ale kiedy ich nie było. Szczególnie duże są obawy o drugą rundę kryzysu w gospodarce.

Niewątpliwie koniunkturę będzie również osłabiała słabość rynku pracy - blisko dwucyfrowe bezrobocie to przyczynek do mniejszej konsumpcji, co dla gospodarki takiej jak amerykańska, gdzie 3/4 PKB po popyt wewnętrzny, może okazać się trudne do udźwignięcia. Pozytywne zmiany są jednak widoczne jak na dłoni i nie czas i miejsce, by tu je wymieniać.

Cóż natomiast w tej samej chwili dzieje się za Wielkim Murem. Na Shanghai Composite co i róż tąpnięcie. W ciągu ostatnich 2-3 tygodni rynek chiński stracił jedną piątą swojej wartości. Zadziwiająca jest przy tym odporność zachodnich parkietów na zachowanie giełdy w Chinach. Dobrze przecież pamiętamy jeszcze tak niedawno lansowane teorie decouplingu oraz wszechpotęgi gospodarki chińskiej.
Teraz rosną w Chinach obawy, jak poradzi sobie gospodarka bez dalszej kroplówki ze strony państwa, rośnie również liczba niespłaconych kredytów. Niby obawy podobne, co na Zachodzie jest jednak zasadnicza różnica.

Zawiera się ona w słowie - gospodarka (mentalność) wolnorynkowa. I chyba po raz kolejny, nawet w kryzysie, który miał obnażyć słabość kapitalizmu i pokazać jego bankructwo - okazuje się, że to najlepszy z możliwych sposobów gospodarowania.

W Stanach Zjednoczonych powszechnie występuje coś takiego jak innowacyjność, elastyczność, nastawienie na sukces. Pięknie te cechy mogliśmy zaobserwować na przykładzie wyników finansowych prezentowanych przez spółki amerykańskie. Warto było, ku nauce i przestrodze obserwować publikację raportów od początku kryzysu.

Początkowo gwałtowny spadek zysków/przychodów/wysokie koszty. I następnie wręcz natychmiastowe dostosowanie do zmieniających się warunków przez zarządy firm. Owszem, przychody nie wzrosły znacząco, w wielu przypadkach nawet zdecydowanie spadły w porównaniu z poprzednimi kwartałami (analizując choćby relację II kw. 2009 do I kw. 2009) jednak redukcja kosztów była zaskakująco szybka i jak się okazało trafna.

Jako pierwsze pozytywne rezultaty zaczęły prezentować banki amerykańskie - i to już w I kw. tego roku, kiedy jeszcze mało kto wierzył, że kryzys sektora finansowego w USA dobiega końca.
W drugim kwartale zaskoczyła zdecydowana większość firm.

Zdolności przystosowania się do zmienionych warunków ekonomicznych nie da się zadekretować ani wyuczyć w jednym pokoleniu. To nawyk wykształcany na drodze mierzenie się z pewnymi powtarzalnymi warunkami. W ekonomii widać to znakomicie na przykładzie cykli gospodarczych oraz zdolności gospodarki kapitalistycznej do samoregulacji.

Nie jest zaskoczeniem, że to właśnie USA jako pierwsze wychodzą z kryzysu, a chiński smok słabnie. Warto przyglądać sie i wyciągać wnioski. Spojrzenie na 2009 rok z perspektywy czasu może pokazać kilka bardzo interesujących wniosków. Niewątpliwie też taki, że USA nie są jeszcze kolosem na glinianych nogach, na co skazywane są od co najmniej dekady.

Teraz pałeczka należy do amerykańskiego konsumenta - bowiem kolejny kryzys to nadmierny dług nie do udźwignięcia, zatem niskie stopy procentowe nie będą tu rozwiązaniem. Warto jednak wierzyć, że zachodni model gospodarowania i tym razem znajdzie rozwiązanie. Na razie wypada cieszyć się ożywieniem w globalnej gospodarce, jednak bez nadmiernej euforii porównywalnej z tą jaka panuje na giełdach.

Na fixing z nimi…

  • piątek lipca 17,2009 06:52 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Nie umilkły jeszcze głosy oburzenia na opieszałość nadzorcy przy okazji cyrków na Drągowskim:

http://blog.invest24.pl/2009/04/03/dragowski-a-teoria-kasyna/

http://forum.invest24.pl/akcje-gpw-f7/ad-dragowski-t1827-25.html

czy też rozpalone dyskusje na przeróżnych forach.

Historii ADD przytaczać nie będę - dokładnie tu zostały opisane.

Spółkę odwieszono po przeszło miesięcznej karencji przeniesiono na fixing i sprawa ucichła. Obecnie jedna akcja kosztuje 6,55 zł, co i tak jest wielokrotnie więcej niż wskazywałaby racjonalna ocena kondycji firmy.

Tylko dlaczego nikt w nadzorze nie wyciąga wniosków z sytuacji minionych. Mamy oto taki Chemoservis Dwory - dla zainteresowanych, proszę - nawet strona spółki: http://www.chemoservis.pl/O_FIRMIE-2.html

Skromna spółka z Oświęcimia, jak podaje na swoich stronach zajmuje się utrzymaniem ruchu na instalacjach przemysłowych. Pięknie.

Idąc dalej - szczegóły emisji. Jak się okazuje, podobnie - jak w przypadku Drągowskiego, emisji tu też nie było. Spółka została po prostu “wylistowana” na GPW. Zatem - powstaje pytanie, dlaczego, jeśli takie były doświadczenia z przeszłości (Drągowski) nie została przeniesiona od razu na fixing? Bardzo niski free float to przecież ewidentna okazja do spekulacji.

Jakoś trudno mi uwierzyć, że szanse na przejęcie spółki ZEN: http://www.bankier.pl/wiadomosc/CHEMOSERVIS-DWORY-S-A-Informacja-Emitenta-w-sprawie-zawarcia-umowy-na-wylacznosc-w-prowadzeniu-negocjacji-1979903.html

http://www.konkurs.futures.parkiet.com/artykul/25,816125.html

a już tym bardziej przeznaczenie prawie całego ubiegłorocznego zysku na dywidendę, wbrew zaleceniom zarządu: http://serwisy.forsal.pl/artykuly/322303,chemoservis_dwory_wyplaci_dywidende.html

tak znacząco wpłynęły na poprawę kondycji spółki.

Rozwiązanie wydaje się proste - przenieść na fixing wszystko z niskim free floatem i spokój. Tyle, że to nikomu się nie opłaca. Po co zatem pisać o tym, że niby polska giełda ma za zadanie odzwierciedlać realną wartość spółek i takie tam - nie będę powtarzał tej nowomowy…

No i oczywiście, tym razem wygląda to jeszcze lepiej niż w przypadku casusu ADD, bo mamy znanego inwestora w tle:

http://www.parkiet.com/artykul/7,831222.html

“Bada to KNF…” - zabawne :D

Rzut okiem na perełki wytrawnego gracza: http://finanse.wnp.pl/gielda/akcjonariusz/21624.html - co poniektórym te nazwy mogą wiele powiedzieć, wystarczy staż na GPW nie przekraczający 2 lat ;)

I na koniec pokłony dla lidera(-ki ?) i pytanie kiedy sprzeda: http://gra.invest24.pl/code/pokaz_portfel.php?login=olesia

http://blog-gry.invest24.pl/?p=102 - tu śledzimy z napięciem losy najbardziej spektakularnej inwestycji w historii Wirtualnej Giełdy - zapraszam, od 2 dni jak mantra powtarza sie pytanie w kuluarach Wirtualnej Giełdy - “Ile zysku wystarczy Olesi?” ;)

Bankowa gorączka

  • środa lipca 15,2009 10:53 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

I stało się - wyniki opublikował Goldman Sachs i na rynek powrócił optymizm.

Sprawa wymaga nieco szerszego spojrzenia. Od szczegółu do ogółu - czyli tym razem tak syntetycznie:

Na jesieni ubiegłego roku, jak może jeszcze niektórzy pamiętają, upadł Lehman Brothers. Sektor finansowy znalazł się na krawędzi. Tak przynajmniej wieścili twórcy polityki monetarnej w US (oczywiście z pewnym opóźnieniem, by nie wywoływać paniki). Czy tak było naprawdę, trudno teraz ocenić. Snute były teorie, co by było gdyby… FED i amerykański rząd pozwolił upaść AIG i Citigroup,ale tak naprawdę tego nie wiedzą najstarsi Indianie. To zresztą zupełnie inna historia.

Potem obserwowaliśmy interwencjonizm państwowy na szeroką skalę - nacjonalizację, bailouty i coraz gorsze dane z gospodarki. Indeksy giełdowe osuwały się pod ciężarem strachu, niepewności, braku światełek w tunelu.

Pojawiło się ono wraz z ocenami dot. kondycji banków przy okazji I kw. Jest lepiej, wieściły pierwsze kolumny gazet finansowych. W maju dotarliśmy do poziomów sprzed upadku Lehmana - czyli historia zatoczyła koło. Teraz pozostaje sobie odpowiedzieć na pytanie, czy właśnie jesteśmy świadkami impulsu, który pozwoli przebić się wyżej…

Na marginesie - przy okazji odrobina dziegciu do krajowego patriotyzmu - tyle było płaczu, że na świecie ratuje się banki, w tym KE dała ku temu zielone światło, a polskie stocznie upadają. Jeśli w ciągu pół roku od bailoutu krajowych stoczni uzyskałyby one taką rentowność, jak banki - to wtedy podpisuje się pod wnioskiem obiema rękoma i nogami.Swego czasu b. prezydent US Bill Clinton napisał: “Gospodarka, głupcze” i miał rację. Populistyczni krzykacze w PL przywdziewający szaty obrońców uciśnionych (bezrobotnych) - NIE

Wracając do głównego nurtu przemyśleń. Zacznijmy od samej specyfiki Goldmana. Na przełomie 2008/2009 skończyła się pewna era - era banków inwestycyjnych. Lehman upadł, pozostałe zostały wchłonięte do bankowości detalicznej. Został Goldman - obwarowany ograniczeniami w zakresie zarządzania ryzykiem (nałożono kaganiec na liberalne lewarowanie) - jednak to nadal Goldman. Bank inwestycyjny, w którym maksymalizacja stopy zwrotu jest na pierwszym miejscu.

I jak pokazuje historia ostatniego roku Goldman wyszedł na tym znakomicie. Czyżby zatem stary dobry liberalizm rynkowy miał się dobrze? Zapytam jeszcze inaczej, a może nawet delikatną przewrotną tezę postawię.  Okazuje się, że zasada - prywatyzujmy zyski, uspołeczniajmy starty jest najbardziej efektywna ekonomicznie…

Goldman już zarabia i to zdecydowanie więcej, niż pierwotnie oczekiwali analitycy. Pora teraz na inne banki? Należy podejść do tego stwierdzenia ostrożnie, bo jednak Goldman to inna bajka. Ale wszystko wskazuje na to, że stabilizuje się sytuacja w sektorze finansowym, a akcja kredytowa wspierana ujemnymi realnymi stopami procentowymi ma szanse by się rozwinąć.

Wchodzimy w okres zwykłej recesji, ale możliwe (o tym powiedzą nam wyniki kw. - jeśli spojrzymy na nie z lotu ptaka, czyli po) że ze zdrowym sektorem finansowym. To byłby silny sygnał, że ożywienie gospodarcze rzeczywiście czeka nas jeszcze w tym roku, przynajmniej w US.

A pytania zawarte we wpisie są retoryczne - pozostaje wybór - albo równość społeczna - czyli wszyscy biedni, albo maksymalizacja, która swoje ofiary, często nad wyraz bolesne ma…

Ze snów do rzeczywistości

  • poniedziałek lipca 13,2009 10:53 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Od poprzedniego wpisu minął już miesiąc z okładem. Cóż z tego, skoro sytuacja na rynku bez zmian, tylko sentyment zmienia nam się stopniowo na negatywny.

Piszę u progu wyników kwartalnych w US. Zaczęły się w ubiegłym tygodniu tradycyjnie od aluminiowego giganta Alcoa. Jest strata, nieco mniejsza od oczekiwanej, ale to za mało by natchnąć optymizmem.

Zastanówmy siew chwile, w jakim punkcie znajdujemy się obecnie. Od lutego do połowy maja rosły WIG-i. Za oceanem o początku wiosennej mini-hossy możemy mówić od marca. Zbiegło się to z ożywieniem na rynku surowców.

Wszyscy pamiętamy początki - banki zaczną już zarabiać, rynek nieruchomości powoli dociera do twardego dna. Oba fakty okazały się mrzonką, choć w przypadku banków prawdziwa weryfikacja nadejdzie teraz.

W I kw. wykazały one poprawę, ale w znacznej mierze była ona efektem znacznego rozwodnienia kapitału. Teraz przyjdzie czas na ocenę, czy nie był to tylko jednostkowy sygnał, wymuszony działaniami quasi-interwencjonistycznymi.

Kończy się etap słów, oczekiwań, wizji a zaczyna zderzenie z twardymi realiami. Pomoc państwowa miała miejsce w US ok. 6-9 miesięcy temu. To wystarczający okres, by przełożyło się to na realne procesy gospodarcze. I właśnie takich efektów oczekują inwestorzy, którzy przez 3 miesiące systematycznie kupowali akcje.

Ci, którzy zawierzyli w ożywienie i inwestowali w surowce już stracili cierpliwość. Ropa naftowa spadła z ponad 80 USD do 59USD w piątek. Fakt, że zwyżka była niespotykana od ponad dekady, nie usprawiedliwia tak zdecydowanej przeceny.

Ten wpis nie ma służyć sianiu fermentu, tylko skłonienia do zastanowienia, czy to idealny moment na konstruowanie długoterminowych portfeli akcyjnych.

Jeśli zaś chodzi o spekulację, to moment, żeby utrafić w okres więskzej zmienności ( a wydaje się, że taki jest właśnie przed nami) wydaje się idealny. Jeśli (co bardziej prawdopodobne) czeka nas rozczarowanie nadmuchanymi oczekiwaniami, wówczas śmiałe sięgnięcie po krótkie pozycje na fw20 okazać się mogą strzałem w 10-kę. Jeśli zaś rzeczywiście mamy do czynienia jedynie z leniwą korektą, to nie może być nic bardziej zyskownego niż “złote strzały” na spółkach o niskiej płynności, które będą zyskiwać na poprawie ogólnego klimatu inwestycyjnego.

W PL wyniki spółek poznamy do połowy sierpnia, jutro pamiętajmy, że lokomotywa, która trzymała indeksy - KGHM będzie notowana bez prawa do dywidendy /to może zaciążyć na indeksach/.

No i na koniec - nawet, jeśli czekałyby nas istotneijsze ruchy na giełzie, to do zmniejszonych obrotów moze się przyzwyczajać - sezon ogrókowy na GPW w pełni…

Gorączka letniej(?) nocy

  • wtorek czerwca 2,2009 12:13 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Za oknami pogoda w kratkę, a na rynku wybuch euforii. Takich wzrostów giełdowych indeksów nie obserwowaliśmy od dawna. Jak pewnie sie domyślacie nie będzie we wpisie peanu na cześć nowej hossy, ale daruję sobie też bicie piany i sianie fermentu.

Kilka logicznych faktów.

na samym początku nie omieszkam wspomnieć fragmentu piątkowego wpisu:

“Pytanie na marginesie: Czy GPW wystrzeli wówczas podobnie, jak przy decyzji o przyznaniu nam Euro2012 ???? Nic nie jest wykluczone przy takim poziomie emocji tłumu. Swoją drogą, to byłoby całkiem miłe doświadczenie, bo znów mielibyśmy okazję poczuć się jako pępek świta - bez względu na nastroje w USA, na rynkach rozwiniętych - idziemy własną drogą. Ehhhh rozmarzyłem się, ach ten polski sen o potędze - udziela sie każdemu”

WIG 4,98 proc.
WIG20 6,35 proc.
Wystarczy za wszelki komentarz. ;) Propaganda sukcesu rozpoczęła się w piątek popołudniu. Premier wraz z ministrem finansów otrąbili wiktorię wiedeńską i to, że Polska wyrasta na Mesjasza Narodów. Myślę, że mimo wszystko w znacznej części ten czynnik również miał wpływ na aż tak znaczną euforię.

Kluczem do zrozumienia sytuacji jest jednak Ameryka. Chirurgiczne bankructwo General Motors nei zmartwiło. Wręcz przeciwnie. Sposób myślenia był dosyć prosty. Gdy bankrutował Lehman Bothers, system finansowy był w matni, administracja rządowa i FED nie za bardzo wiedzieli co mają robić…

Teraz zaś mamy lustrzane odbicie. I cóż z tego, że gigant motoryzacyjny? Damy sobie z tym radę, to bankructwo jedynie zwiększy konkurencyjność na rynku, znajdą się podmioty, które szybko zagospodarują pozostawioną niszę. Jak w takiej sytuacji nie cieszyć się? Przecież żaden kryzys nam nie straszny w takich okolicznościach.

Wszyscy czekamy na środę i publikację ISM dla sektora usług. Ten powszechnie traktowany za barometr gospodarki odczyt pokaże, w którym miejscu jesteśmy. Nie przeceniałbym jednak jego znacznie dla kształtowania się obecnej sytuacji na giełdach.

Jeśli przyjmiemy że mamy dokładnie odwrotną sytuację względem Lehman Brothers, to oczekujmy podobnego przesilenia - czyli gwałtowny wzrost (zamiast spadku) i potem stabilizacja i czy powrót do trendu???

To zależy… 3 kwartał jako odbicie gospodarki od dna? Dużo nam powiedzą dane majowe. Dziś dla przykładu poznaliśmy wyniki badania dochodów i wydatków Amerykanów. Okazuje się, że o ile po raz pierwszy od 3 kwartałów - w pierwszym kw. tego roku Amerykanie zaczęli więcej wydawać, to już w kwietniu zanotowaliśmy poziom znacznie poniżej pierwszych trzech miesięcy. Dziwne? A przecież powinna być kontynuacja boomu. Zobaczymy, co będzie dalej.

Osobiście nadal jestem umiarkowanym pesymistą. Gra nadmiernie rozbuchanych pozytywnych emocji napawa mnie kontrariańską obawą, czy rzeczywiście jest tak źle w gospodarce? Przewrotnie postawione pytanie, ale na razie nie zdołałem znaleźć argumentów, które by takie rozumienie sprawy sfalsyfikowało.

Pages (5): « 1 2 3 4 5 »