Notowanie rzeczywiste

Archive for ‘styczeń, 2009

Euro w ogniu

  • piątek stycznia 30,2009 05:56 po południu
  • By admin
  • In Uncategorized

Trzeba przyznać, że fascynujący jest owczy pęd obecnego rządu do akcesji w ramy strefy Euro. Zakrawa to trochę na fundamentalizm w sytuacji, gdy znaczna część ekonomistów zastanawia się, czy Euro przetrwa obecny kryzys.

Oliwy do ognia dodały nie tak dawne obniżenie ratingu wiarygodności dla Grecji I Hiszpanii przez agencję ratingowe. To powoduje, że rentowność krajowych obligacji w ramach strefy Euro jeszcze bardziej się rozjechała. Co dalej? Faktem jest, że poziom spowolnienia gospodarczego jest diametralnie różny, w zależności od tego, do którego kraju zawitamy. Konwergencji nie widać, za to wyraźnie można dostrzec, że w takiej Austrii bezrobocie jest niskie, a już w sąsiednich Niemczech staje się poważnym problemem. O Grecji nie wspomnę, gdzie mamy do czynienia ze stanem zapalnym grożącym nawet erupcją społecznego niezadowolenia.

Wszyscy pamiętamy obrazki sprzed ponad miesiąca z Aten i innych miast greckich:

Zasadniczy problem to ten, że podstawowy mechanizm pobudzenia gospodarki to manipulacja stopami procentowymi. W przypadku strefy Euro mamy centralny bank we Frankfurcie. Problem polega jednak na tym, że mission impossible to dopasowanie poziomu stóp do potrzeb poszczególnych krajów. O ile dla Holandii, czy Austrii 2 proc. ustalone przez EBC to potencjalne źródło powstania bańki spekulacyjnej, to już dla Niemiec, czy Grecji zdecydowanie zbyt mało, żeby zapobiec spowolnieniu.

Niewykluczone, że niedługo przez kraje najbardziej dotknięte recesją w strefie Euro przetoczy się fala społecznego niezadowolenia i nacisków na wystąpienie z niej. Z tym, że taki mechanizm może zadziałać na zasadzie domina doprowadzając de facto do absurdu rzeczywistość Euro.Kosztów collapse systemu Euro na razie nikt nie odważył się podliczać

Dziś Soros ostrzegł, że bez globalnego planu ratunkowego, zebrania długów - oraz stworzenia europejskiego odpowiednika ‘bad bank’ Euro może runąć. Trichet automatycznie starał się uspokoić rynki, ale tak naprawdę mało kto zdaje sobie sprawę, czy bez potężnego wsparcia i interwencjonizmu na skalę pan-europejską strefa Euro się utrzyma…

A u nas ciągle marzenia o ERM2. Dobrze, że warunki zewnętrzne od woli naszych decydentów nie sprzyjają szybkiemu wprowadzeniu. Ale to oczywiście zależy od priorytetów - czy gospodarka, czy ideologia. Bo można na zasadzie po nas choćby potop wcisnąć Polakom Euro w 2012 roku, tylko dla dynamiki rozwoju gospodarczego może to mieć opłakane skutki

Implozja w Zhong Guo?

  • niedziela stycznia 25,2009 12:07 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Końcówka tygodnia przywitała nas kolejną porcją mało apetycznych wieści. Ostatecznie runął tak mocno lansowany w ubiegłym roku mit decouplingu światowej gospodarki. W momencie, gdy rozpaliły się stosy amerykańskich hipotek ekonomiści wierzyli, że ostoją spokoju będzie chiński smok. Tymczasem po raz kolejny zimnym prysznicem okazała się stara prawda, że w coraz bardziej zglobalizowanym świecie nic nie dzieje się bez przyczyny i swojego naturalnego skutku. Czyli naczynia połączone jako żywo…
Chiny w recesji? Brzmi niewiarygodnie? Bynajmniej… Wg oficjalnych danych w IV kw. ubiegłego roku gospodarka Państwa Środka rozwijała się w tempie 6,8 proc. Wydawać by się mogło, że to tempo iście astronomiczne. Tym bardziej, że u progu tego roku Chiński Kolos ma już 3 pod względem wielkości światową ekonomię. Siłami Jedynie Słusznej Partii i w czynie społecznym LUDU - PKB CHRL wyprzedziło niemieckie.
Tymczasem 2009 rok będzie poważnym wyzwaniem dla chińskich oficjeli.
W podawanej skali wzrostu PKB Chin jest jedna nieścisłość. W przeciwieństwie do pozostałych krajów rozwiniętych w Chinach mierzy się relację PKB w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Tymczasem powszechnie stosowana metoda, to pomiar względem poprzedniego kwartału i dopiero ekstrapolacja tego wyniku na bazę z poprzedniego roku. W efekcie dane Chin i reszty świata są delikatnie rzecz ujmując średnio porównywalne.
Kwestia nr 2: gigantyczne migracje ze wsi do miast w Chinach. Mądrzy ludzie wyliczyli, że tempo 6-7 proc. PKB jest niezbędne by miasta były w stanie wchłonąć i zagospodarować nadwyżkę ludności. Niższe wskaźniki to de facto stagnacja dodatkowo potencjalnie niebezpieczna pod względem społecznym. Tu jednak spieszę z uspokajającym pocieszeniem. Sądzę, że ryzyko jakichkolwiek zamieszek i buntów w Chinach jest przez zachodnich komentatorów nieco wyolbrzymiane. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z zupełnienie odmienną mentalnością od naszej. Chiński robotnik/przedsiębiorca/rolnik - to mimo wszystko nadal w głębi duszy Konfucjanista. Czyli podporządkowany władzy, lojalny, świadomy hierarchii w życiu i znający swoje własne miejsce w kosmosie rzeczywistości. Nawet “czerwona książeczka”, “wielki skok kulturowy” i inne dziwolągi ze zwulgaryzowanym Marksem w tle nie zmieniły 2,5 tys. letniej tradycji. Nowe świeckie tradycje to można sobie konstruować na papierze, ew. ładnie sprzedają się w niezapomnianej polskiej komedii “Miś”. Trudno też oczekiwać, by piętno na chińskim społeczeństwie odcisnął zachodni konsumpcjonizm z jego wszechogarniającym relatywizmem. Tu nawet mamy twarde dowody. O ile bowiem legalizm chińskiego społeczeństwa i jego karność może być uznana za coś pożądanego dla Partii w czasach kryzysu, to z drugiej strony niechęć dla zachodniego standardu życia ma też swoje ciemne strony.
Udział konsumpcji w chińskim PKB to jedynie 35 proc. Jaki z tego wniosek? A otóż co najmniej kilka - po pierwsze potężny wpływ eksportu na PKB - i jednocześnie finansowanie dobrobytu przez eksport to ryzyko powtórki casusu Japońskiego sprzed dwóch dekad i potencjalne źródło przeinwestowania i hodowania baniek spekulacyjnych. I teraz do szeregu, kto pierwszy?: giełda? sektor bankowy - gdzie mamy państwowe molochy o potężnej kapitalizacji? rynek nieruchomości, gdzie od listopada zaczęły spadać ceny? Można tak wymieniać w nieskończoność. Idąc zaś dalej tropem niechęci do konsumpcji i oszczędzania - mamy typowy obraz Chińczyka wychowanego w tradycji Konfucjusza. On woli oszczędzać, niż wieść rozrzutne życie. Czy przy takim ekosystemie da się na trwałe zbudować ekonomiczną potęgę? Może to zbyt daleko wybiegające w przyszłość pytanie, warto jednak na chwilę nad nim się pochylić. Dopóki potęgę ekonomiczną trzeba było budować - karne społeczeństwo chińskie nadawało się do tego idealnie: do wielkich poświeceń, do potężnych kolektywnych projektów, do wielu lat wyrzeczeń. Na chińskiej pracowitości, sumienności, lojalności i jednak pomysłowości /pamiętajmy, że największe wynalazki naukowe w Europie pojawiły się właśnie za pośrednictwem Chin te 600-700 lat temu/ zbudowano w 25 lat 3. potęgę gospodarczą. De facto powtórzono sukces japoński. Tylko co dalej? Teraz niestety w sukurs nam idzie niezawodny B. Mandeville, o którym raczej na pewno mandaryńskie dzieci nie czytają w szkołach, a szkoda. Jego “Bajka o pszczołach” jest genialnym przedstawieniem, jak utrzymać dobrobyt w społeczeństwie, nie pozwolić zamrzeć koniunkturze i pozwolić kręcić się gospodarczym trybikom na wysokich obrotach.
“Matactwo, luksus, pycha bowiem
Darzą nas czymś, co jest jak zdrowie…
Splendorem nie jest cnota goła,
A więc kto o Wiek Złoty woła,
Pragnąc moralność mieć surową,
Niech ma i dietę żołędziową…
Gdzie mocarstwowe są dążenia,
Tam grzech konieczny bez wątpienia”
Czym prędzej przeciętny Chińczyk to zrozumie tym większa szansa, że Państwo Środka stanie się autentyczną potęgą. Tylko, że wtedy prawdopodobnie nie da się uwięzić myśli. Coś za coś niestety. Potrzebna jest zmiana mentalności, by utrzymać prężny rozwój Chin, zmiana mentalności to zaś również demokratyzacja. To również potężna przebudowa relacji ekonomicznych z resztą świata, a zwłaszcza na linii Chiny-USA, które do tej pory były nazywane jako Bretton Woods II. Ujmując rzecz w skrócie - American Dream z miską ryżu w tle. Czyli zaciskanie pasa za Wielkim Murem, by żyło się lepiej… po drugiej stronie Pacyfiku ;) Z tego już tylko o krok do wniosku, że to właśnie USA najbardziej zależy, żeby w Chinach nie doszło do jakichkolwiek demokratycznych przemian. Ale to chyba myśl na inną równie długą rozprawę.
Co zaś teraz? Prawdopodobnie recesja Chinach, bo nawyków serca /jak mawiał Toqueville/ nie zmienia się pociągnięciem pióra pod dekretem. Na to potrzeba pokoleń. Jak głęboka? Trudno bawić się w proroctwa, ale władze ChRL przewidują, że dno Chiny osiągną w drugiej połowie 2009. Powiem szczerze, że byłbym zaskoczony, gdyby tak płytko Chińczyków tylko drasnęło. Chyba, że nadal nie dostatecznie doceniam siły popytu, jaki może wygenerować państwo - jak się wydaje najważniejszy obecnie gracz na rynkowej szachownicy.
Dziś tyle, choć zapewne dałoby się znacznie więcej ująć pisząc o kraju, który jest w centrum uwagi całego świata i traktowany niemal mistycznie. Albowiem rozbijanie stereotypów i społecznej mitologii jest zajęciem nad wyraz pasjonującym ;)

Fizyka kwantowa rynku

  • wtorek stycznia 20,2009 05:08 po południu
  • By admin
  • In Uncategorized

Dziś wpis metodą kapsułkową z pointą spinającą wszystko ekonomicznie… Od razu na początku spieszę pochylić czoło przed autorem, który zauroczył mnie tą metodą prezentacji - szkockim historykiem (nie mylić z angielskim) N. Daviesem. Jego monumentalna “Europa” to fenomenalne ujęcie historii, które czyta się jak dobrą powieść sensacyjną, a postaci, dźwięki, barwy , słowa jawią się rzeczywistymi. Zachwyty może jednak zostawię na wpis przy innej okazji.

Ad rem.

Kapsułka no.1:

Minęło już  prawie pół wieku od momentu, kiedy światło dzienne ujrzała “Struktura rewolucji naukowej” T. Kuhna. Choć obecnie podnosi się wtórny charakter tego dzieła, ówcześnie wywołał on szok poznawczy w teorii nauki. Autor przede wszystkim podważył dotychczasowe pojmowanie zmian w przyroście ludzkiej wiedzy. Dotychczas sądzono, że mają one charakter linearny. Dziedziczymy nabytą wiedzę po poprzednich pokoleniach poszerzając ją dzięki coraz bardziej dynamicznemu rozwojowi technologicznemu, który następnie dostosowujemy do kluczowych problemów społeczno-ekonomicznych. Tymczasem Kuhn dokonał, a raczej pokazał - przewrót. Tradycyjny model funkcjonuje dopóty, dopóki wszelkie zjawiska niewytłumaczalne da się odłożyć ad acta do rozwiązania /chociażby ze względu na zbyt skromne zaawansowanie technologiczne społeczeństwa/, albo te anomalie można zaimplementować do teorii jako wyjątek potwierdzający regułę. Jednak, gdy żaden z tych czynników nie ma miejsca, dochodzi do przewrotu - dotychczasowy paradygmat upada, a na jego miejsce pojawia się nowy. Owszem ma miejsce pewna absorpcja dotychczasowej wiedzy, jednak spotykamy się z przerwanym kontinuum, nie zaś z układem linearnym. Tak było chociażby z przewrotem kopernikańskim…

Kapsułka no.2

Pod koniec XIX wieku uznawano, że fizyka jest jedną z najpełniej skonstruowanych nauk wyjaśniając zdecydowaną większość problemów naukowych w jej obrębie. Było tak do momentu, gdy nie rozpoczęły się szczegółowe badania promieniowania, czy też zjawiska fotoelektrycznego. Wówczas uświadomiono sobie, że to co do tej pory stanowiło kompendium wiedzy o znanym nam świecie - bankrutuje… Odpowiedzią na problemy, które dostrzegliśmy w mikroświecie była mechanika kwantowa. Przez bardzo długi okres uznawano, że oba działy - czyli mechanika klasyczna oraz kwantowa wzajemnie się wykluczają opisując dwa zupełnie odmienne obszary nauki:  spłycając obraz - klasyczna odnosić się miała do świata widzialnego gołym okiem; zaś kwantowa opisuje mikrocząstki. Kolejne lata badań pokazały, że sprawa nie jest taka prosta, jak z pozoru by się wydawało i obszary zaczęły na siebie coraz bardziej nachodzić a obie teorie przechodziły przeobrażenia i wzajemnie siebie uzupełniały…

———————–

Co ma do tego rynek?

A otóż obecnie bardzo wiele. Mogę z dosyć dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że żyjemy w takich właśnie czasach przełomu w zakresie teorii ekonomicznej. Ten wpis nie bez przyczyny pojawia się dziś, gdy na Zachodniej półkuli mieszkańcy największego obecnie mocarstwa świata witają nowego lokatora Białego Domu - JFK AfroAmerykanów. Hasło Change może jednak nawet bardziej, niż do stylu rządów nowego prezydenta /w tym zakresie odsyłam do wczorajszego wpisu na blogu Kuczyńskiego, ja nie będę zagłębiał się w analizę personalnych predyspozycji sztabu Obamy/ pasuje do teorii myśli ekonomicznej.

Znakomicie obecną sytuację na rynkach ujął główny ekonomista Instytutu Badawczego Nomura R.C. Koo w prezentacji, która była pokłosiem dramatycznych wydarzeń ostatniej jesieni i upadku Lehman Brothers. I tą teorię graficznie przybliżę oddając głos samemu autorowi

Kapsułka no. 3 - w oryginale na podstawie aparatu pojęciowego chińskiej filozofii i przeciwstawieniu żywiołów yin i yang :)

Yang Yin
1) Zjawisko Ekonomia klasyczna (podręcznikowa) Recesja bilansów firm /balance sheet recession/
2) Zasadniczy mechanizm Niewidzialna ręka rynku Smitha Błąd logiczny układu
3) Kondycja instytucji finansowych Aktywa>Zobowiązania Aktywa<Zobowiązania
4) Paradygmat Greatest Good for greatest number /maksyma liberalna/ Minimalizacja długu
5) Efekt Maksymalizacja zysku Depresja gospodarcza, jeśli pozostawić proces bez ingerencji
6) Polityka monetarna Efektywna Niefektywna (pułapka płynności)
7) Polityka fiskalna Nieproduktywna(crowding-out) Efektywna
8. Ceny Inflacja Deflacja
9)Stopy Procentowe Normalne Bardzo niskie
10) Oszczędzanie Cnota Ułomność (paradoks zapobiegliwości)
11) Recepta na kryzys bankowy

a) Miejscowo

Szybkie pozbycie się kredytów nieregularnych(NPL)/przejrzystość w rachunkowości Normalne redukowanie kredytów nieregularnych(NPL)/przejrzystość w rachunkowości
b) Systemowo Wolna redukcja NPL/wysoki spread Wolna redukcja NPL/dokapitalizowanie

Na podstawie: Richard Koo, TheHoly Grail of Macroeconomics: Lessons from Japan’s Great Recession, John Wiley & Sons, Singapore, 2008

Co zatem otrzymujemy w efekcie? Zobaczcie sami - oto puenta:

Z raju do piekła

  • poniedziałek stycznia 19,2009 10:27 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Pomimo, że problem inflacji tymczasowo ucichł trudno nie zdawać sobie sprawy, że obecne uwarunkowania znów poprowadzą nas ku środowisku wysokiej globalnej inflacji.
Dziś kontynuacja rozgrzebanego tematu inflacyjnego przy wydatnym wsparciu państwa, choć nieco od innej strony. Z Ameryki przeniesiemy się do “kolebki ludzkości” ;) - na Czarny Ląd. Zaś na tapecie dwa kraje, w wypadku których wyraźnie widać, jak istotną rolę pełni państwo w procesie gospodarczej. A raczej należałoby powiedzieć, jak tej roli nie powinno nadużywać.
Zimbabwe i Botswana - dwa kraje sąsiadujące ze sobą, a jakże odmienne zarówno pod względem stopy życia, kultury politycznej oraz pojmowania roli państwa w gospodarce. Oba kraje były koloniami brytyjskimi i oba, tak jak zresztą każde państwo w Afryce cierpiały na podobną bolączkę - sztuczne granice wyznaczone od linijki. Podstawowym problemem zatem było zapewnienie stabilności politycznej.

I kilka słów i liczb o Botswanie. O tym, że lepiej prowadzic biznes w tym południowo afrykańskim kraju niż w Polsce dowiadujemy się rokrocznie.
W opublikowanym w ubiegłym tygodniu kolejnym rankingu “Economic Freedom” autorstwa Heritage Foundation” i Wall Street Journal - Botswana zajmuje 34 miejsce na 179 sklasyfikowanych krajów (Polska jest 82.) Źródło sukcesu Botswany? Najniższe w Afryce podatki, na uwagę zasługuje, że osoby zarabiające rocznie poniżej 4,5 tys USD w ogóle nie płacą podatku dochodowego. W tym miejscu pojawia się kolejny paradoks, bo w przypadku większości krajów afrykańskich taki pułap jest niemal nie do osiągnięcia dla przeciętnego obywatela, zaś w Botswanie średni dochód na mieszkańca wynosi powyżej 12 tys USD. Co ciekawe, oprócz bogatych złóż diamentów Botswana to kraj wyjałowiony - burzący kolejny mit, głoszący, że źródłem bogactwa są posiadane zasoby naturalne. Dla porównania Kongo, które ma w ziemi przysłowiowo całą tablicę Mendelejewa należy do najbiedniejszych krajów na świecie. Kolejne liczby - już  na podstawie w/w indeksu: liczba ludności 1,9 mln (z podatków zaś budżet ma większe przychody niż w 20 razy ludniejszej Kenii); PKB - średnia z 5 ostatnich lat powyżej 5 proc. wzrost; bezrobocie 7,5 proc. (dane na koniec 2006)/ inflacja CPI 7,1 proc./ bezpośrednie inwestycje zagraniczne 247 mln USD rocznie. Niskie podatki, stabilizacja polityczna, a dodatkowo przede wszystkim poszanowanie własności prywatnej - nacjonalizacja jest niekonstytucyjna. O takich kwestiach jak szybkość procedury zakładania firm etc. wspominać nie będę.
Co zaś za najbliższą granicą? Ano w ostatni piątek bank centralny Zimbabwe wyemitował banknot o wartości 100bln dolarów Zimbabwe, by nadążyć za galopującą inflacją, która obecnie wynosi… hmmm, jak pojawi się wpis to zapewne licznik ulegnie zmianie, więc przegląd z ubiegłego roku: 2,2 mln procent było w maju, w czerwcu ponad 11 mln; ostatnio ponoć ceny podwajają się tam średnio co około 30 godzin… Cena nacjonalizacji/ rządów przez zastraszanie i centralne planowanie. W swoim apogeum. Aha jako ciekawostka - czarnorynkowa wartość owego banknotu w piątek wynosiła około 30 USD. Dziś pewnie mocno przeszacowane już dane. Klucz do rozwiązania problemu - stabilne otoczenie instytucjonalne. Przymusowa nacjonalizacja, eksterminacja białych farmerów zrobiła swoje. A dodatkowo ponad wszystko zarządzanie odgórne. Nie jest tajemnicą, że jedynie wolny rynek jest w stanie najbardziej efektywnie alokować kapitał. Oczywiście dochodzą do tego jeszcze kwestie tzw. dóbr wspólnych - niekonkurencyjnych i dających pole do popisu piewcom “market failures”; jednak konieczny jest rozsądek. Obecności państwa tyle, ile to tylko niezbędne, bez zawłaszczania.
Nie porównując pod żadnym pozorem Zimbabwe do Ameryki za ery Obamy ;p warto zastanowić się, co Amerykanie zrobią z taką górą papierowego pieniądza. Nie porównując Zimbabwe do Polski ;p warto zastanowić się, gdzie zaprowadzi nas kapitalizm bez społeczeństwa obywatelskiego, śladową aktywnością w życiu publicznym, niedoborem sprawnie działających NGO’s /jedynie WOŚP porusza tłumy, choć to akurat zasługa jednego człowieka/. Zimbabwe działa tu na podobieństwo czerwonej latarni, gdzie wszystkie problemy świata kumulują się dając przerażający obraz tego, co zostaje, gdy demokrację i kapitalizm wykreślamy z osobistego słownika

Czy leci z nami pilot?

  • niedziela stycznia 18,2009 02:17 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Federal Deposit Insurance Corporation /odpowiednik naszego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego/ poinformował wczoraj o bankructwie dwóch pierwszych banków w 2009 roku. Od początku kryzysu można przypiąć im łatkę już 26. i 27. instytucji, która kończy swój żywot.

Jeszcze nie tak dawno temu wydawało się, że o ile o sektorze finansowym można cokolwiek sensownego napisać, to raczej będą to już wieści dobrze, lepsze, pocieszające. Coraz większa liczba zarządzających funduszami zaleca przeważanie w portfelach akcji spółek z sektora finansowego.

Tymczasem jak do tej pory nie widać efektów planów pomocowych.  Jak na razie jedynie klepanie się po plecach znajomych z branży /vide: Paulson/ i pompowanie przyszłej inflacji.

Z resztą niech przemówią liczby. Z wyliczeń Bloomberga wynika, że na ratowanie amerykańskiego sektora finansowego od początku kryzysu z państwowej kasy wydano już 8,5 bln USD. Oto garść cyferek:

Tak wygląda pomoc dla sektora finansowego ilościowo, zaś tak jakościowo:

Jak zarabiać na Goldmanie: Buffet vs. Paulson

Rozdawnictwo zatem trwa w najlepsze. Przed nami mocne uderzenie ze strony nowego prezydenta - 800 mld USD na ratowanie gospodarki. Któż to będzie potrafił zliczyć… I czy tak rozejdzie się to wszystko po kościach? Zawsze można dokonać sztuczek miernikowych, czy to z nowym sposobem mierzenia inflacji bazowej, czy też wykluczając pewne elementy podaży pieniądza, co zresztą widać na załączonych obrazkach jak na dłoni. W 2007 roku FED zarzucił publikację kreacji pieniądza M3, bez konieczności dalszego komentarza - obrazek:

Dane "gabinetu cienia" dla M3 od 2007 roku

A oto inflacja amerykańska po liftingu:

Oficjalna inflacja vs. z ery przed-ClintonemOczywiście na razie przy spadku globalnego popytu, i działaniu pozostałych  czynników recesyjnych problem inflacji tymczasowo zamarł, ale w przyrodzie nic nie ginie. Pora zatem już niedługo szykować się na kolejne pudrowanie amerykańskiej polityki monetarnej :)

Tymczasem na razie wypada sławić w psalmach pełnych radości sukces pierwszej części planu Paulsona. Oczywiście ani dziennikarzom, ani tym bardziej Kongresmanom nie udało dowiedzieć się,  co się stało  z owymi 350 mld USD, ale jest jeden magiczny miernik sukcesu. Odpowiedź na bolączki amerykańskiego sektora finansowego zawiera się w zbawiennym działaniu na tzw. “TED spread”. To nic innego jak różnica między rentowności 3 mies. bonów skarbowych USA a 3 mies. LIBOR-em /czyli stopie po jakiej pożyczają sobie pieniądze europejskie banki/. Zainteresowanych kształtowaniem się tego wskaźnika przez ostatnich 5 lat odsyłam do Bloomberga:

http://www.bloomberg.com/apps/cbuilder?ticker1=.TEDSP%3AIND

Ostatniej jesieni przyjmował on najwyższe poziomy od czarnego poniedziałku na amerykańskiej giełdzie 13 października 1987 roku. Czy jednak rzeczywiście teraz sytuacja ulega stabilizacji? Nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły wystarczy na logikę zauważyć jedną prostą konstatację. Wówczas, gdy padało AIG i Lehman Brothers za Oceanem, Stary Kontynent uchodził jeszcze za oazę spokoju. Teraz uległo to radykalnej zmianie. Nie jest zatem tak, że ryzyko systemowe jeżeli nawet nie wzrosło, to jedynie zrównało się po obu stronach Atlantyku? O stabilizacji raczej trudno mówić. Faktem bowiem jest, że pożyczek na rynku międzybankowym nadal jak na lekarstwo. Zaś efekty kolejnych bailout-ów poznamy w okolicach połowy tego roku i wtedy będziemy mogli odpowiedzieć sobie na pytanie czy KeynesII spełnił pokładane w nim nadzieje. Będzie lepiej z Keynesem-juniorem niż z jego przodkiem za czasów szoku naftowego? :)

A podsumowanie działań polegających na zwiększaniu gotówki w systemie międzybankowym w 2008 roku (stopy + inne działania FED-u) poznajemy od ostatniego piątku. Wyniki finansowe za IV. kw Citigroup i Bank of America prawdę Ci powiedzą. Czy państwo w pełnej swojej krasie wkraczające do gospodarki okaże się lepszym regulatorem? Odpowiedź już po wakacjach zapewne ;) Na razie pozostaje radować się jak przed rokiem. Tyle, że wtedy mówiono byle do wiosny :)

Żonglerka reliktami socjalizmu

  • środa stycznia 14,2009 08:54 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Przez kilka ostatnich dni na krajowym podwórku jesteśmy świadkami jakże fascynującej debaty dotyczącej wykorzystania środków unijnych. Od razu na wstępie zaznaczę, że nie będzie odniesień semantycznych… Z lubością podkreślę tylko niby “oczywistą oczywistość”, że akurat język ciętej riposty w dyskursie publicznym jest niezbędny, by jakaś kwestia ujrzała światło dzienne. Zatem nie uprawiajmy dulszczyzny wystawiając pod pręgierz wątpliwy kręgosłup moralny różnych polityków. Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień. A przy okazji dziwi mnie, dlaczego organizacje feministyczne nie gloryfikują faktu, że poszerza się areał równouprawnienia w Polsce… Szklany sufit i lepka podłoga rozbijane są dosadnym aparatem pojęciowym - już nie ma “nie przepuszczamy w drzwiach polityka, bo kobieta”, a raczej: “łamiemy szpilki, jak w pamiętnej reklamie dropsów Mentos” /aż kusi mnie by posiłkować się w tym momencie zgrabnym wrzutem filmowym, ale wejście w kolejną dygresję może już być zabójcze dla całego tematu…/

A zatem fundusze unijne… Podkreślę, że nie będzie żadnych cyferek, a przynajmniej wolą autora jest ograniczenie ich do absolutnego minimum. Żonglerka liczbami na naszych oczach w ostatnich dniach była tak akrobatyczna, że nawet one przestały w sposób merytorycznie trafny opisywać rzeczywistość. Skupiłbym się raczej na samej istocie funduszy.
Szczerze mówiąc z niedowierzaniem i mocnym zdziwieniem obserwuję debatę - jak podnieść wykorzystanie środków, ile już zostało wydatkowanych z nowego budżetu itp. itd. Panie i Panowie :) po pierwsze - powinną być rzeczą powszechnie wiadomą, że u progu nowego budżetu unijnego /mówimy o tym na lata 2007-2013/ absorpcja jest co do zasady zdecydowanie niższa - środki idą głównie na kwestie techniczne. Największe wykorzystanie przypada na lata ostatnie - i wtedy możemy być spokojni o rekordowe osiągnięcia. Ale od razu dodajmy, nie tyle rządów, ile zaradnych naszych krajan. Nie napiszę przedsiębiorczych, bo akurat w wypadku funduszy unijnych oba pojęcia nie są synonimiczne. Faktem jest, że kolejna koalicja rządowa będzie mogła fetować rewelacyjne wyniki w tym zakresie i wywiesić to na sztandary…
Zaś same fundusze wzbudzają we mnie mieszane uczucia. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć w pewnym sensie środki na restrukturyzację zacofanych regionów, choć pewnie jak w każdym wypadku reguły ich przyznawania cechuje znaczna dowolność i arbitralność decyzji urzędniczych. Jednak pozostałe pieniądze wydawane drogą decyzji administracyjnych to psucie rynku. Nie wiem, czy w UE takie pojęcia jak RYZYKO, INNOWACJA, PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ posiadają jeszcze pierwotny sens. Faktem jest, że pozostałe regiony świata systematycznie Unii uciekają. No może teraz rodzi się szansa, bo Stany wprowadzać będą New Deal II :)
Dawno temu miało miejsce zjednoczenie Niemiec. Za pośrednictwem rządu w Bonn, a także z Brukseli do wschodnich landów popłynęły ogromne środki na odbudowę zniszczonej centralnym planowaniem gospodarki. Fascynuje mnie fakt, że centralne planowanie można naprawić odgórnym strumieniem pieniężnym. Efekt? Chyba wszyscy znają…
Tam, gdzie nie ma RYZYKA /celowo pisane z capsem/ nie ma mowy o sukcesie w zakresie ekonomicznym. Wpadając w patos, on jest jak nawóz, który użyźnia glebę. Naturalny cykl rynkowy można i chyba jednak powinno się łagodzić, ale raczej implementując reguły gry, budując stabilne otoczenie instytucjonalne, zaszczepiając zasady społeczeństwa obywatelskiego, a nie wtłaczając społeczeństwo w tryby socjalistycznego myślenia, jak stanąć w szranki o względy PAŃSTWA. Przypomina to francuski Wersal za czasów Króla-Słońce…
Pytanie zasadnicze, czemu gospodarka europejska wkroczyła na ścieżkę szybkiego wzrostu dopiero wówczas, gdy zdjęto odium z tak krytykowanej w Średniowieczu lichwy, gdy pojawiły się pierwsze giełdy papierów wartościowych /Antwerpia, ale bardziej w późniejszym okresie Amsterdam i Londyn/? Pojawił się pęd do innowacji i konkurencji. Inna droga prowadzi jedynie do ekonomicznego samobójstwa…

Carska bulimia

  • sobota stycznia 10,2009 05:12 po południu
  • By admin
  • In Uncategorized

Studium jednostki chorobowej:

Gdy u progu lat 90. rozpadał się Związek Radziecki powstała na jego gruzach Rosja była “chorym człowiekiem Europy”. Idealny moment, by wyleczyć ją z dotychczasowych złych nawyków a przynajmniej nieco je ucywilizować. Tymczasem stawiane diagnozy, przepisywane lekarstwa oraz sam proces rehabilitacji przekreśliły szanse resocjalizacji. Nawet mimo najszczerszych chęci operowanego.  Nie dziwi to, skoro  lekarze recytowali jedynie wyuczone formułki i osłuchiwali pacjenta zdezelowanym stetoskopem.   Z czasem organizm sam wytworzył przeciwciała, ale przy okazji zadziałał instynkt samozachowawczy. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że po takim sponiewieraniu pacjent na samo wspomnienie aplikowanych mu medykamentów reaguje alergicznie. A przy okazji pielęgnuje trwającą już bez mała 6 wiek bulimię.

Przekładając na realia gospodarcze - Rosji zaaplikowano kapitalizm tak, jak Greenspan regulacje CDS-om. Jaki jest koń, każdy widzi… Budowa wolnego rynku i demokracji w Rosji to jedna z najczarniejszych kart liberalnych wizjonerów świata zachodniego. Otrzymali bezwolnego osobnika, który dobrowolnie poddał się reedukacji. Tymczasem zamiast budować ramy prawno-instytucjonalne, które pomogłyby zakorzenić nowy ład w świadomości społecznej skupili się na “uwalnianiu gospodarki”. Czyli w efekcie na “uwłaszczaniu nomenklatury”. A społeczeństwo zostało bezpowrotnie zniechęcone do demokratycznego funkcjonowania w warunkach wolnego rynku.

Człowiek sowiecki podziwiając zdecydowanie i władzę; oczekując rządów silnej ręki ze świadomością, że ktoś się nim opiekuje  jest idealnym targetem dla imperialnej polityki prowadzonej przez Kreml. Tym bardziej, że tak działo się przez wieki, a krótki okres demokracji pokazał jedynie biedę i chaos. Zaś skartelizowana Rosja trzymana prowadzona twardą ręką przez nowego Iwana Groźnego rozpoczyna po ponad 500 latach ponownie krucjatę Trzeciego Rzymu.

Głównym elementem tej krucjaty jest zaś nieustający głód ziemi, przypominający znaną w medycynie bulimię. Rosja musi jeść, by żyć i żyje by jeść… Z pomocą w zakresie tożsamości takich przypadków przychodzi nam nieoceniona medycyna:

  • brak samoakceptacji /Rosja zawsze jako ubogi krewny Zachodu
  • konflikty rodzinne /byłe republiki radzieckie/
  • zaburzenia mechanizmów samoregulacji i samokontroli
  • uszkodzenie ośrodka sytości w mózgu
  • emocjonalne zaniedbanie dziecka w dzieciństwie /za czasów radzieckiego dobrodziejstwa magazyny zbożowe w cerkwiach/

Jak wygląda w tle takiego bulimicznego wielkiego rosyjskiego niedźwiedzia cały półwysep, który dumnie zwie się Europą -widać od początku tego roku. A kilka m-cy temu mógł przekonać się Kaukaz.

Kurek z gazem

Najwięcej jak zwykle tracą na tym standardowo wschodnioeuropejskie kraje - czyli dawni “przyjaciele domu”, ale ograniczenie dostaw daje się również we znaki całej gospodarce unijnej. I tak w efekcie diagnoza będzie taka, że należy szybciej budować North i South Stream - przecież Włosi na razie jedynie w 10% korzystają z dostaw rosyjskich a w przypadku Niemiec dostawy ze Wschodu nie pokrywają 1/3 zapotrzebowania…

A to co się dzieje za byłą żelazną kurtyną widać w krótkim materialne poglądowym z Bułgarii:

Odbiegając zaś od medycznych inklinacji rosyjskich w tle pojawia się globalne spowolnienie gospodarcze. Nie tak dawno szefowie Gazpromu żalili się, że dalszy spadek cen ropy naftowej spowoduje, że produkcja stanie się na tyle nieopłacalna, że będą zmuszeni podnieść ceny odbiorcom krajowym. Dotychczas bowiem wysokie ceny surowca pozwalały Rosjanom cieszyć się z uroków taniego gazu. Wymuszenie na Ukrainie wyższych cen to element chwytania się środków ostatecznych w środowisku niskich cen surowców. Nie jest również tajemnicą, że zyskowność potentata gazowego będzie systematycznie topnieć.

Gazprom w obliczu kryzysu:

Problem w tym, że projekty dywersyfikacji źródeł energetycznych dla Europy, szczególnie w kontekście gazu ziemnego można w znacznej mierze włożyć między bajki. Z tego doskonale zdaje sobie sprawę Rosja co i róż grając tą kartą, a w zasadzie kręcąc w odpowiednią stronę kurkiem.

Alternatyw dla Rosji jest niewiele. Pod względem geograficznym Algieria /dla południowej Europy/ oraz Kaukaz. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby Turkmenistan pod okiem Wielkiego Brata odważył się na konszachty ze zgniłym zachodnim imperializmem… Gruzja już otrzymała zresztą ostrzeżenie za zbyt pro-zachodni kurs - co też przy okazji każe myśleć o projekcie Odessa-Brody-Płock w charakterze politycznej fikcji. Gaz skroplony to na razie zaledwie kilka procent rynku, a dodatkowo jest to źródło zdecydowanie droższe od tradycyjnego. No i co najważniejsze wschodnia Europa nie jest przygotowana pod względem infrastrukturalnym do wykorzystywania tej drogi. I tak można mnożyć. Kończąc żartem o odnawialnych źródłach energii :D

Islandzki rok

  • poniedziałek stycznia 5,2009 02:57 przed południem
  • By admin
  • In Uncategorized

Wszelkiego rodzaju podsumowania, porównania, komentarze trącą myszką. Zawsze łatwo jest dokonywać wielkich pogłębionych analiz post factum. A w efekcie i tak okazuje się, że nasze trzeźwe oceny ekonomicznej sytuacji prowadzą do tego, że kupujemy na górce oddając wystraszeni w dołku :D

Decydując się zatem na pierwszy wpis, a zarazem nie mogąc przejść obojętnie wobec zalewu różnorakich podsumowań “najgorszego w historii GPW roku” chcąc nie chcąc powinienem odnaleźć punkt zaczepienia, który najlepiej scharakteryzowałby minione 12 miesięcy. Czego nas nauczył pierwszy rok kryzysu?

Przeżyliśmy go w cieniu islandzkich gejzerów. W całą poetykę idealnie wprowadzi nas Bjork z 93 roku:   Bjork \”Human behaviour\”

Jeszcze wówczas niezaangażowana, teraz z kolei uprawiająca “Don Kichoterię” walcząc z demonami kryzysu…

Ad meritum jednak. W kilku słowach przypomnienie. Pierwsza odsłona dramatu pod koniec września, gdy jeden z największych banków Glitnir de facto zbankrutował. Wydarzenia potoczyły się lawinowo i w niedługim czasie cały islandzki sektor bankowy znalazł się w stanie rozkładu.  Przyczyny? Te co wszędzie, tylko w znacznie większej skali, na tyle dużej, że gospodarka nie była w stanie tego udźwignąć. A zatem - heavy losses in subprime, a że bankierzy z malutkiej wyspy wkładali tam swoje rączki to i dramatyczny efekt; można jeszcze dopisać brytyjskie inklinacje - bo iskrą na beczkę prochu był run na depozyty na Wyspach we wrześniu.

Warto jedynie dodać, że 80 proc. z 50 mld Euro islandzkiego długu to właśnie sektor finansowy. Koszty kryzysu w Islandii szacuje się na ponad 3/4 krajowego PKB. Żeby jeszcze pobawić się w statystyki, to główny indeks islandzkiej giełdy spadł o 90 proc. + silna deprecjacja korony i dwucyfrowa inflacja…

Nie żebym się czepiał, ale w 2001 roku dokonano pełnej deregulacji islandzkiego sektora bankowego. Tak jak kazały wytyczne waszyngtońskiego konsensusu. Można utyskiwać, że dobijam leżącego, bo teraz mainstreamowo jest atakować neoliberalizm. W końcu już niedługo Demokrata-elekt zaordynuje New Deal II, by realizować na nowo American Dream. To już jednak inna opowieść… Faktem jest, że mamy sytuację kiedy ogon macha psem. Tak jak często u nas na poczciwej GPW kontrakty decydują o obliczu WIG-owej 20-ki… Tak w gospodarce globalnej mamy 10-krotnie więcej wirtualnych pieniędzy niż realnego GDP.

A Smithowi ze swoim słynnym: “Nie pieniądz, ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa” pozostaje jedynie przewracać się w grobie…

Co zaś pozostało Islandczykom? Ano zobaczcie sami: Dinner over a crisis

oraz: Now the sea may once again be Iceland’s lifeline. Bo waluta mocno spada, połowy udane i eksport coraz bardziej opłacalny, a już był okres kiedy wszyscy Islandczycy mieli bawić się wyłącznie w bankowość, a tu znów trzeba zakasać rękawy i zarzucać sieci…

Czyli: staropolska gościnność i powrót do korzeni. Czyli nie ma tego złego… Tak oto na naszych oczach rekonstruuje się niegdysiejsza Arkadia małego społeczeństwa na peryferiach Starego Kontynentu.

Tym optymistycznym akcentem chciałbym wejść w rok kryzysu i zaraz zachęcić do czytania i krytykowania moich przemyśleń wszelakich

yours sincerely,

mgreg